„Polityczni nie są naszymi przyjaciółmi”. Zapiski byłego więźnia IK-2.

„Polityczni nie są naszymi przyjaciółmi”. Zapiski byłego więźnia IK-2.

29 maja 2022

Ihar Kapanajka - mieszkaniec Białorusi, emerytowany wojskowy, został skazany na 1,5 roku pozbawienia wolności za to, że po zabójstwie Ramana Bandarenki zalał pianką montażową drzwi wejściowe do mieszkania funkcjonariuszki organów spraw wewnętrznych, a na jej skrzynce pocztowej napisał skierowane do niej zdanie.

Zatrzymanie

27 listopada 2020 roku. Dzwonek do drzwi. Otwiera żona, która szykowała się do pracy, kiedy ja jeszcze spałem. Wchodzi czterech mężczyzn po cywilnemu: „jesteśmy z milicji”.  Żadnych dokumentów nie okazują:

- Czy tu mieszka Kapanajka I.I.?

- O co chodzi? - już wstałem i żądam okazania dokumentów.

Niechętnie legitymacje pokazuje dwóch z przybyłych. Chciałem napić się herbaty - nie pozwolili. Pozwolili się tylko umyć. W mieszkaniu byliśmy wtedy: żona, jej mama i ja. Przez wzgląd na mamę żony nie stawiałem oporu, bo  widziałem jej twarz i stan (babcia miała wtedy 79 lat). 

Zawieźli mnie do  Frunzeńskiego Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych (RUUS) w Mińsku. Odmówiłem składania zeznań bez adwokata. Zaproponowali badanie wariografem. Zgodziłem się. Byłem ciekaw, jak to wszystko wygląda, przecież tyle o tym czytałem. Wszystko zwyczajnie proste. Laptop, czujniki na ciele, operator, pytania – odpowiedzi. Wszystko trwało jakieś 30-40 minut. Znowu przywożą mnie do Frunzeńskiego RUUS w Mińsku. Ciekawy moment: siedzę, czekam na adwokata w gabinecie operacyjnych, a tu wchodzi mężczyzna po cywilnemu i siada naprzeciwko mnie:

- No już, siadaj porządnie! - komenderuje. A ja siedzę na krześle z nogą założoną na nogę. Gorączkowe myśli: „Co mam zrobić?”.  I od razu on do mnie:

- No co, stary idioto, narozrabiałeś? - to był atak psychologiczny, próba złamania mnie szybko i od razu. 

Ale gdy zrozumiał, że blitzkrieg się nie udał, zaczął rozmawiać ze mną spokojnym tonem. Proponował nagranie ze mną filmu, w którym przyznaję się  do winy i okazuję skruchę. Odmówiłem. Rozmawialiśmy jakieś 20 minut. Wydawało mi się, że ukradkiem nagrywał naszą rozmowę na dyktafon. Ciekawie było słuchać i patrzeć, jak zaczął odpowiadać i wykręcać się od mojego pytania: 

- Dlaczego przeciwko mnie (za zniszczone drzwi) wszczęto sprawę karną,  a w sprawie śmierci Ramana Bandarenki do tej pory nie? 

Po jakimś czasie przyszła moja adwokatka. Okazało się, że dyżurny bezczelnie ją okłamywał, że mnie tu nie ma. Myślę, że nie z własnej inicjatywy. I dopiero gdy adwokatka zaczęła pisać zawiadomienie o porwaniu człowieka przez funkcjonariuszy milicji, nagle się znalazłem.  

Odmówiliśmy składania zeznań. Potem posadzili mnie w „szklance” - małym pomieszczeniu, w którym przesiedziałem do wieczora. Nie dawali nic do jedzenia. Około 18:00 po mnie i innych zatrzymanych przyjechał konwój. Początkowo zatrzymano mnie z art. 364 KK RB. Kiedy zakładano mi kajdanki, a ja powiedziałem, z jakiego artykułu jestem zatrzymany, wydawało mi się, że już nie dowiozą mnie żywego do aresztu tymczasowego (IVS) przy Akreścina. Kajdanki zacisnęli mi do granic możliwości.

W suce więziennej posadzili mnie w dużej „szklance”. Było tam 5 albo 6 miejsc. Wrzucili nas tam 9 osób. Próbowałem protestować, ale inni zatrzymani prosili, żebym się uspokoił, bo inaczej mogą zacząć okładać pałami. Jechaliśmy 1,5 godziny, zabierając zatrzymanych z innych RUUS. Wydawało mi się, że jeszcze jakieś 20 minut, a straciłbym przytomność od duchoty w tej „szklance”…


Spontaniczny memoriał na „Placu Przemian” ku pamięci Ramana Bandarenki

W tym czasie w domu

Kiedy siedziałem w gabinecie w RUUS, operacyjni wrócili do mojego mieszkania i przeprowadzili przeszukanie. Okazało się, że ani przy mnie, ani podczas przeszukania nie znaleźli mojego telefonu… Pojechali na powtórne przeszukanie. Najwyraźniej bez świadków. W mieszkaniu została tylko mama żony, a ona, przypomnę, ma 79 lat i jest daleka od prawniczych zawiłości. Telefonu nie ma, więc funkcjonariusze zaczynają naciskać na biedną babcię. Jak potem opowiadała, straszyli, że wszystko przewrócą do góry nogami, zaczną zrywać podłogi i listwy, jeśli telefon się nie znajdzie. Dobrze, że moja córka przyszła na obiad i zastała to wszystko. A mamy sąsiadkę prawniczkę. Zaczynają dociekać, co oni robią i czy mają dokumenty na powtórne przeszukanie.  Operacyjni rozumieją, że trzeba się zmywać. Babci pod wieczór skoczyło ciśnienie, następnego dnia zabrało ją pogotowie z powodu serca. W szpitalu zaraziła się covidem i na początku stycznia zmarła. 

IVS Akreścina

Pościel, jedzenie - wszystko dawali. Każdy miał miejsce do spania. Wielu funkcjonariuszy chodziło albo bez pagonów, albo je odwracało, żeby nie było widać stopnia. 

Po 3 dniach zmieniono mi kwalifikację z art. 364 na art. 369 („Znieważenie przedstawiciela władzy”) i 339 („Chuligaństwo”) KK RB. Dlaczego? Byli pewni, że znajdą coś w moim telefonie. Nie mając żadnych dowodów, musieli zmienić artykuł. 


IVS Akreścina, Mińsk

Żodzino

Suką więzienną do Żodzina. W Żodzinie byłem 2 razy: przed sądem i po. Oczywiście przerzucali mnie z celi do celi. Po raz kolejny kieleszują przenoszą z celi do celi. Wchodzę do „chaty”, przedstawiam się: kim jestem, skąd i z jakiego artykułu. Widzę na sobie nieufne spojrzenia. Jeden chłopak mówi:

- Dziadek, coś kręcisz. 

A wśród gwałcicieli z jakiegoś powodu trafia się wielu takich jak ja, starszych mężczyzn (a mnie już szósty krzyżyk leci). Nikt ich nie lubi, oni o tym wiedzą i próbują kluczyć (przyp. uchylać się od odpowiedzi, ukrywać prawdę). Chłopak ciągnie dalej:
- 339 - to zwykłe chuligaństwo, masz swoje lata, takich zwykle nie zamykają, coś kręcisz… Gadaj, co zrobiłeś!

- Jednej złej cioci zapiankowałem drzwi - mówię.

- No co ty!! Widzieliśmy cię w telewizji w „Strefie X”, szacun.

Żodzino, więzienie nr 8, to centrum chamstwa. Dlatego ci, którzy tam byli, nazywają Żodzino „Dupodzino”. Nie ma nawet najbardziej elementarnego remontu. Byłem w budynku, który wszyscy nazywali „Titanikiem”: wszystko trzyma się „na ślinę”. Wszystkie ściany i sufity w zaciekach i łuszczącej się farbie. Kiedyś zapytałem starych wyjadaczy: „Skąd taka nazwa?”. Powiedzieli, że ciągle pękają rury i kanalizacja i wszystko zaczyna przeciekać. Okropne materace i poduszki - wydawało się, że pochodzą jeszcze z zeszłego stulecia.

Stosunek administracji do więźniów jest, poza rzadkimi wyjątkami, wyniosły i poniżający. Do wszystkich z reguły mówią na „ty”. Miałem jakieś naruszenie. Wezwało mnie z celi do osobnego gabinetu dwoje funkcjonariuszy, kobieta-kapitan i mężczyzna-starszy porucznik, żebym napisał wyjaśnienie. Mówią: 

- Pisz wyjaśnienie.

- A kim wy jesteście, nazwisko i stanowisko? - pytam.

- Mów do nas „obywatelu naczelniku”.

- Skoro nie chcecie się przedstawić (był wtedy okres, kiedy bali się ujawniać swoje nazwiska), nic nie będę pisać.

Spojrzeli krzywo, w stylu „bezczelny”, i odprowadzili do celi. Poszliśmy kiedyś do łaźni. Chłopak spośród świeżo przybyłych pyta funkcjonariusza:

- A ile czasu dacie na mycie?

- Myj się, ile chcesz, masz 15 minut.

Niestety, to nie humor, tylko cynizm.  W grudniu-styczniu 2021 roku przeszedłem przez kilka „chat”, we wszystkich 20-25% ludzi siedziało z powodów politycznych. Bardzo dużo było wtedy naszych. Przy czym większość z nich opowiadała o pobiciach i znęcaniu się podczas zatrzymania i po nim. Jedzenie jak w więzieniu - z głodu nie umrzesz. Opieka medyczna - jej tam nie ma. Jeśli jeszcze oddychasz, to znaczy, że jej nie potrzebujesz. Czasem ktoś zapisywał się do ambulatorium  i jeśli zaprowadzono go tam tego samego albo następnego dnia, uchodził za szczęściarza… 


Więzienie nr 8, Żodzino

Wołodarka

Etap z Żodzina na Wołodarkę  przed sądem był najspokojniejszy ze wszystkich. Posadzili nas do suki, zdjęli kajdanki i tak jechaliśmy nieco ponad godzinę.  

Wołodarka. Dużo o niej słyszałem w Żodzinie. Przyjechałem i zobaczyłem, że nie wszystko jest tak słodkie, jak opowiadano. Administracja dużo bardziej normalna. Z reguły zwracają się na „Pan” i z szacunkiem. Tu w wielu celach zajęta jest nawet trzecia kondygnacja prycz, miejsca jest znacznie mniej, za to prawie wszędzie był telewizor. Tu było już dużo więcej informacji o tym, co dzieje się na wolności. Przede wszystkim dlatego, że ciągle ktoś chodził na krótkie widzenia. Jedzenie mniej więcej takie samo. Ale tu do nas, mińszczan, ciągle przychodziły paczki od rodzin. I to bardzo ratowało.  Po sądzie, kiedy w internecie pojawiło się więcej informacji o mnie, zaczęły przychodzić listy od nieznajomych ludzi. Bliscy pisali do mnie regularnie. A tu  ruszyła lawina. Czasem po 5-7 listów dziennie. Niektórzy chłopacy nawet się złościli. Oni nic, a do nas, politycznych, jeden za drugim.

Do mnie osobiście pisano z Rosji, Polski, krajów bałtyckich, Izraela i oczywiście z Białorusi.  Większość wyrażała wdzięczność za mój czyn, proponowała pomoc pieniędzmi, prenumeratą gazet i czasopism, lekami. Po każdym takim liście czułem ogromny przypływ sił i po raz kolejny przekonywałem się, że wszystko zrobiłem nie na próżno. Kiedyś przyszedł list z Polski. Samego listu nie było, najpewniej operacyjni go zabrali, były tylko zdjęcia. Na początku nawet nie zrozumiałem, o co chodzi. Podszedłem do jednego z chłopaków, pokazuję zdjęcia, nie rozumiem, co i jak. A on mówi: „To ludzie przysłali ci kadry z wolnego życia, żebyś nie zamykał się w szarych ścianach, pryczach, kratach w oknach”. A na zdjęciach plaża, morze i ludzie się opalają, piękna kobieta spaceruje z labradorem, dzieci idą do szkoły, chłopak z dziewczyną siedzą w kawiarence, objęci… 

Były ciężkie chwile, wyjmowałem te zdjęcia i po prostu na nie patrzyłem, i to pomagało. Niestety nie wiem, od kogo były, bo na kopercie nazwisko i adres napisano po polsku i nieczytelnie. Kiedyś przyszedł list z podziękowaniem na jednej stronie, a na drugiej odręcznie napisana była długa modlitwa. Nadawca radził nosić ją przy sobie i czytać w trudnych chwilach. Ta kartka się wystrzępiła, ale zawsze była ze mną. Z nią też wyszedłem na wolność. Jestem pewien, że ten list-modlitwa pomagał mi przez cały wyrok! A kto go napisał, nie wiem. Pełnego adresu zwrotnego na nim nie było, imienia też… 

Poczta na Wołodarce działała dobrze. List do Mińska szedł tam i z powrotem w 6-7 dni.  Podczas gdy z Żodzina list szedł do samego Mińska 10-15 dni. Może nabrali tam cenzorów po czterech klasach podstawówki…? Albo brakowało reniferów do regularnej wysyłki… A najpewniej specjalnie to przeciągali.

Kiedyś podpisałem listy do bliskich zwrotem „Żywie Biełaruś”. Z powodu tego zwrotu listy zwrócono, a mnie wezwano do operacyjnego na rozmowę.  Taktownie poprosił, żebym więcej nie umieszczał takich zwrotów w listach, wtedy już zaczęto dokręcać śrubę. A po czterech dniach zaprowadzono mnie na komisję, na której administracja za ten zwrot uznała mnie za skłonnego do ekstremizmu i działalności destrukcyjnej…

Do końca miałem nadzieję, że zostanę skazany, ale nie pozbawią mnie wolności. Chociaż moja adwokatka powiedziała: „nie licz na to”. W jej 12-letniej praktyce byłem pierwszym, kto z cz. 1 art. 339 siedział przed sądem w areszcie śledczym.


SIZO-1 przy ul. Wołodarskiego, Mińsk

Sąd

Oczywiście sąd to stres. Zwłaszcza kiedy wierzysz w sprawiedliwość i uczciwość sędziów, a w rzeczywistości jesteś nikim i ani fakty, ani argumenty nie mają znaczenia. Wystąpiłeś przeciwko systemowi i w każdym przypadku musisz zostać ukarany. Do tego siedzę w klatce, a przez kraty patrzą na mnie moja mama, żona, moje dzieci, przyjaciele. Z tego wszystkiego bardzo się denerwowałem, gubiłem myśli, mówiłem nie to, co trzeba. Ale wiedziałem, że nie mam  prawa dać po sobie poznać rodzinie i bliskim, że jestem przestraszony i złamany. I tak przeze mnie wycierpieli ponad miarę. A gdyby zobaczyli, że się załamałem, udzieliłoby się to i im. I tego bałem się najbardziej. I wydaje mi się, że w dużej mierze mi się to udało. Proces trwał dwa dni. Po pierwszym dniu prokurator żąda dla mnie 3 lat pozbawienia wolności - a to maksymalny wymiar kary z części pierwszej art. 339 KK RB. Potem zrozumiałem dlaczego. Wydaje mi się, że chodziło o to, żeby przestraszyć mnie i moich bliskich. I to im się udało. Najstraszniejszy dla mnie nie był żądany wyrok,  tylko przerażenie w oczach mojej mamy i żony i ich zdenerwowanie. Między pierwszym a drugim dniem procesu minęło około 10 dni. Wszyscy moi bliscy siedzieli jak na szpilkach. W efekcie - półtora roku pozbawienia wolności.

Po sądzie jeszcze przez około miesiąc byłem na Wołodarce. Wobec politycznych zaczęto mocniej dokręcać śrubę. Pewnego wieczoru po capstrzyku otwiera się okienko w drzwiach i jakiś więzień przywołuje starszego celi. Jak się potem okazało, był to Czirik, „smotriaszczij” Wołodarki. I daje starszemu instrukcję: „Polityczni nie są naszymi przyjaciółmi, wśród twoich pomocników nie może ich być, a tym bardziej starszych „chat”, na pierwszej kondygnacji prycz ich nie kłaść, tylko na drugiej i trzeciej”.

Jasne, że był to okólnik puszczony przez operacyjnych, żeby na politycznych naciskali nie tylko gliniarze, ale i zwykli więźniowie. Ale powiem szczerze, większość myślała rozsądnie i żadnych porachunków nie było. Widziano w nas nie hołotę od napadów na ulicy, tylko ludzi z wykształceniem, mocnymi rodzinami, mieszkaniami, dostatkiem. Większość siedzących nie mogła zrozumieć, po co my - z mieszkaniami, dostatkiem, rodzinami -  wystąpiliśmy przeciwko systemowi. Ich główne motto: skwarka i kieliszek są, a więcej nie trzeba. Tylko czasami podstawieni kozacy, z reguły wszyscy w celi ich znali, próbowali rozkręcić jakąś awanturę na tematy polityczne. Trudno było znaleźć granicę, żeby znosić bzdury, które opowiadali, i nie wdawać się w konflikt, bo tam emocje szybko się gotują. Na Wołodarce było nam wtedy, politycznym, komfortowo. Mieliśmy regularne paczki, regularne zakupy w kantynie, listy szły bardzo szybko, informacje z wolności docierały regularnie, w każdej celi było nas 20-25% i trzymaliśmy się razem. Ale trzeba nas było jakoś łamać, tworzyć dyskomfort, dlatego zaczęto rozwozić nas do innych aresztów.


Ihar Kapanajka w sądzie

Żodzino-2

Znowu Żodzino. Tym razem było tam jeszcze gorzej. W celi, do której trafiłem, było o 2 osoby więcej niż miejsc do spania. Zmieniłem kilka cel. Przenieśli mnie kiedyś do 236. na  4. piętrze. Zetknąłem się z okropnym problemem - po 3-4 godziny dziennie nie ma wody. W celi 15 chłopa. Pytam administrację aresztu.  Udają, że pierwszy raz słyszą o problemie. A ten problem trwa już 2-3 lata, jak mi potem opowiedzieli doświadczeni chłopcy. Wtedy ja, jako obywatel Federacji Rosyjskiej, wziąłem i napisałem list ze skargą na brak elementarnych norm sanitarnych do ambasady Rosji, że niby to naruszenie praw człowieka, przyjedźcie, wyjaśnijcie. Listu z aresztu oczywiście nie wypuszczono, a mnie trzeciego dnia potem wysłano etapem do Mohylewa.

Kolejny etap. Od razu po wyjściu, przed wejściem do suki, założyli kajdanki. To było nieoczekiwane. I tylko nam - politycznym. Wtedy było to po raz pierwszy:

- Dlaczego? 

- Popełniliście przestępstwo przeciwko MSW.

Ciekawa sytuacja wyszła w wagonie stołypinowskim. Wprowadzają mnie i jeszcze jednego chłopaka w kajdankach do przedziału stołypinowskiego wagonu. Siedzi tam już kilka osób. Poznajemy się.  Jeden chłopak mnie pyta:

- Dziadek, ilu ludzi załatwiłeś?

- Nikogo nie załatwiłem. 

On  nie wierzy. Pyta:

- To po kiego założyli ci, staremu facetowi, kajdanki? Przyznawaj się, co zrobiłeś? 

Wszyscy też ucichli, słuchają. Opowiadam, on nie wierzy. Po jakimś czasie przychodzi naczelnik konwoju, wywołuje wszystkich po nazwisku i każdy podaje swój wyrok i artykuł. Podaję wyrok półtora roku i artykuł „Chuligaństwo”.  Chłopakowi opada szczęka - on i inni nie mogą uwierzyć w to, co się dzieje. Zaczyna naciskać na starszego konwoju:

- Za co dziadkowi założyliście kajdanki?

Starszemu się to nudzi i grozi, że jemu też założy kajdanki.  A on:

- A mam to gdzieś, zakładaj. Wstyd mi, że mam 12 lat i jadę bez kajdanek, a dziadek nic takiego nie zrobił, wiezie półtora roku, a wy, bandyci bez zasad, zakuliście go w bransolety.

Wtedy to dopiero się zaczynało i wszystko było nowością nawet dla konwoju.  Kajdanki zdjęto mi dopiero, kiedy przyjechaliśmy do aresztu śledczego w Mohylewie. To było mniej więcej po 7-8 godzinach. Uważam to za naruszenie prawa i znęcanie się nad skazanymi. Świadków tego jest niemało. Do tego wszystkim politycznym przed etapem zabierano zegarki, jednorazowe maszynki do golenia i zapałki.  A oddawano dopiero po 10-12 dniach.   

Mohylew

W Mohylewie byłem około miesiąca. Duże cele. Jedzenie lepsze niż w Żodzinie i na Wołodarce. Normalna administracja, tylko na „Pan”, reżim bez przegięć. Politycznych trochę mniej, ale też nie brakowało. Tam trafiłem na okólnik od operacyjnych w sprawie politycznych. Gryps przyszedł „mokrą” drogą, że polityczni nie są naszymi przyjaciółmi, nie wolno robić ich starszymi „chat” i trzeba się od nich dystansować.  A u nas w „chacie” starszym był chłopak, który przyłożył klawiszowi w mordę i był po stronie politycznych. W „chacie” było 18 osób. I 3-4 osoby ciągle mąciły, podburzając innych, żeby tego chłopaka zdjęli ze starszego celi. Bardzo ciekawie było to wszystko obserwować. Jak by nie mącili, nic im nie wychodziło. Z Mohylewa do Homla. Znowu kajdanki. Przez jakieś pięć godzin ich nie zdejmowali. Ale na to byłem już przygotowany.  W Homlu około dwóch tygodni i do punktu docelowego - IK-2 w Bobrujsku. Tak, nieźle się najeździłem. 


Więzienie nr 4, Mohylew

Bobrujsk

IK-2. Już pierwszego dnia dyżurny kwarantanny prowokuje mnie do konfliktu,  daję się wciągnąć.  I  od razu jadę na pięć dób do karceru (SZIZO). To popisowy numer IK-2.. Dopóki nie zorientujesz się, co i jak, trzeba ci nawieszać różnych naruszeń. Jeśli nie ma się do czego przyczepić, wymyślą. Na przykład „mużyka” będą kierować do sprzątania toalety. Wiadomo, że odmówi. Odmowa sprzątania - karcer. Potem robią z ciebie złośliwie naruszającego regulamin i stawiają na jakąś ewidencję profilaktyczną. Na przykład jako skłonnego do napaści na funkcjonariuszy albo skłonnego do ekstremizmu i działalności destrukcyjnej. A to oznacza, że nie masz co liczyć ani na przedterminowe zwolnienie, ani na zmianę rygoru, i tylko dwie podstawowe wielkości na zakupy w kantynie. I trzeba to przyjąć jako coś oczywistego. Źle, jeśli masz nadzieję, że cię ominie. Zapomnij i bądź realistą. Jeśli ty, polityczny, nie będziesz mieć kar i nie będziesz złośliwym naruszycielem, kary będzie miała administracja kolonii.

Następnego dnia po wyjściu z karceru zaprowadzono mnie na komisję, na której postawiono mnie na ewidencję profilaktyczną jako skłonnego do napaści na administrację. Pytam:

- A niby z jakiej…?

- W pana przestępstwie przejawiła się agresja wobec funkcjonariuszy.

System działa. I niestety trzeba być na to gotowym.  Do tego mogą na ciebie napisać to, czego nie było.  Bardzo popularne jest pisanie raportów, kiedy jesteś w karcerze, że rzekomo spałeś, leżąc na ławce, w niedozwolonym czasie.. Tak było u mnie. Tak było u wielu. 

Lubią sprawdzać torby pod kątem zgodności rzeczy ze spisem. U mnie sprawdzano 2-3 razy w miesiącu. Chociaż u zwykłych skazanych mogą nie sprawdzać przez pół roku.  Za to dostałem swój drugi karcer - 7 dób. W karcerze z niezrozumiałych dla mnie powodów nie wyprowadzają na spacer. Czasem ludzie siedzą tam po 30-40 dób, na podstawie lipnych raportów, bez wyjścia na świeże powietrze. Jest jeszcze jedno popularne świństwo administracji wobec politycznych. Za wszelką cenę musi pozbawić cię długiego widzenia z bliskimi. Znaleźć albo wymyślić jakieś naruszenie, za które odbiorą ci to widzenie. Ze mną było właśnie tak. Tuż przed widzeniem przyszedł funkcjonariusz i z całego oddziału, a było nas ponad 100 osób, postanowił sprawdzić spis akurat w mojej torbie…  

Kolonia czerwona jak wóz strażacki, kozioł koziołkiem pogania. Jedzenie normalne. Warunki bytowe dobre. W każdym oddziale urządzono miejsca do uprawiania sportu. Jest dobra biblioteka.  Administracja ogólnie normalna, dużo młodych, zielonych chłopaków, którzy mogliby być twoimi synami. I czasem próbują sprowadzić cię na „drogę poprawy”. Ale gołym okiem było widać, że szczególną uwagę w kolonii poświęcano politycznym. Spaliśmy tylko na drugiej kondygnacji prycz. Wymyślano nam różne ewidencje profilaktyczne i dodatkowe kontrole. Tylko nam wydawano żółte plakietki i zawsze musieliśmy stać na każdej zbiórce w pierwszych szeregach. Prawie nikt z nas nie mógł dostać długiego widzenia.  Administracja wywierała ukrytą presję na innych skazanych, żeby się z nami nie kontaktowali.

Do pracy kierowani są prawie wszyscy. Osobiście się z tego cieszyłem - to ruch. Wyprowadzenie, zdjęcie z pracy, tam rozmowy z chłopakami z innych oddziałów. Czas leci. Wiadomości, wymiana informacji. Oczywiście rozumieliśmy, że obserwuje nas niejedna para oczu, dlatego staraliśmy się nie rzucać w oczy. Wszyscy dzielili się na dwie główne grupy. Jedna była wyprowadzana do strefy przemysłowej, tam jest wiele specjalności. Pracowali 6 dni w tygodniu po 8 godzin. Dostawali za to grosze. Maksymalnie około 250 rubli - to w szwalni. Byli też tacy, którzy nie dostawali nic, Druga grupa - to wyprowadzanie do UPSR (odcinka przerobu surowej gumy). Pracowali 4-5 dni w tygodniu po 3-3,5 godziny. Z kawałków gumy trzeba było wyciągać metalowy kord. Potrzebna była do tego pewna wprawa i niemały wysiłek fizyczny. Dlatego prawie wszyscy polityczni pracowali na tym odcinku Za to też nic nie płacono. 

Skazani w IK-2, Bobrujsk

Zwolnienie

Zwolnienie w spokojnym trybie. Rewizja i przez jakiś czas, 20-30 minut, czekanie w klatce.  Rewizja rzeczy osobistych bardzo dokładna, ale i tak coś stamtąd wyniosłem… Natomiast całą moją korespondencję, a była to duża torba z listami od bliskich i wolontariuszy, zabrano mi i sprawdzano beze mnie, w sąsiednim pomieszczeniu. Wszystko przewrócili, ale niczego nie zabrali. Dalej zawieziono mnie do wydziału migracji i dowieziono do granicy, skąd miałem dotrzeć sam.

Ihar nadal przebywa w Rosji i załatwia dokumenty.