Jesień wchodzi w swoje prawa: żółkną trawa i liście, przyroda i życie zamierają, przygotowując się do zimy. Słoneczne dni są coraz krótsze, a nastrój wciąż próbuje osunąć się gdzieś w melancholię i smutek. Tym bardziej że nie widać istotnych pozytywnych zmian ani w regionie, ani w naszym kraju.
Wszystko jednak wygląda w ten sposób tylko na pierwszy rzut oka. Dziś porozmawiamy właśnie o tym pozytywnym, co może wnieść odrobinę światła w otaczającą rzeczywistość, na którą składa się głównie gęsty kisiel następujących po sobie kryzysów. Mianowicie o solidarności.
Przez całą historię niepodległej Białorusi w kraju trwała konfrontacja autorytaryzmu, dyktatury i deptania praw człowieka z jednej strony oraz wolności, niezależności i demokracji – z drugiej. Niekiedy ta konfrontacja przybierała naprawdę zaciekłe formy, zawsze mieli w niej swoje miejsce bohaterowie, złoczyńcy i ogromna liczba ofiar. Każde niewielkie zwycięstwo demokracji i sił opozycyjnych wobec reżimu Łukaszenki najczęściej spotykało się z prawdziwym tsunami reakcji, które czasem zmiatało osiągnięte szczyty wolności. Możemy przypomnieć liczne starcia z reżimem, najczęściej związane z wyborami prezydenckimi w kraju, kiedy zjednoczone siły opozycyjne wchodziły w bezpośrednią konfrontację z uzbrojonymi bandytami na placach stolicy i nie tylko. Wiadomo, czym kończyły się wszystkie takie batalie – dziesiątkami spraw karnych, pobiciami, złamanymi życiorysami, torturami, a nawet zabójstwami niewygodnych dla reżimu.
Akcja poświęcona zaginionym dziennikarzom i politykom
Czas płynął i z różnych powodów praktyki prześladowania niepokornych na Białorusi coraz bardziej się rozszerzały, a metody tłumienia buntowników się doskonaliły. Raz za razem masowe pochody, wiece, strajki i demonstracje rozbijały się o tarcze oprawców i wyroki dla inicjatorów protestów. Czy zatem z czasem całe życie polityczne i obywatelskie w kraju zanikło? W żadnym wypadku! Wolność zawsze znajduje przestrzeń, by wypuścić swoje pędy. I w tym miejscu chcielibyśmy sięgnąć do historii ruchu politycznego w kraju, który był być może najbardziej bezkompromisowym przeciwnikiem dyktatury – ruchu anarchistycznego.
W momencie, gdy anarchiści zaczęli stanowić prawdziwą siłę polityczną i faktycznie rozkwitli w całej różnorodności rozmaitych aktywności – od wolnych bibliotek i kółek edukacyjnych po radykalnych buntowników – ogólna przestrzeń dopuszczalnej wolności w kraju właśnie ostatecznie się zamykała. Większość dużych ugrupowań partyjnych przeżyła się, zamieniając się w niewielkie kółka zaufanych osób, a częściej – po prostu w struktury zinfiltrowane przez agentów KGB. Życie polityczne i obywatelskie sprowadzało się do rzadkich zrywów sytuacyjnych akcji protestu, które były odpowiedzią na zbyt oczywiste ataki reżimu na prawa obywateli, na przykład protest przeciwko „dekretowi o darmozjadach”. Dlaczego właśnie w tym czasie zaczynają wyrastać jak grzyby po deszczu różne anarchistyczne grupy i kółka, zdolne w krytycznym momencie nie tylko dać odpór oprawcom podczas akcji ulicznych, ale także stanąć na czele wieców i manifestacji? Odpowiedź tkwi w strukturze, w ramach której odbywała się współpraca między członkami ruchu. A ściślej – w jej bezstrukturalności.
Anarchiści zawsze trzymali się taktyki grup podobieństwa (affinity groups), które tworzyli bliscy przyjaciele, znajomi i sprawdzeni ludzie. Takie grupy liczyły, z rzadkimi wyjątkami, do 10 osób i zajmowały się jasno określoną dla siebie działalnością. Ci, którzy zamierzali zajmować się edukacją, czytali książki i organizowali niezależne, otwarte przestrzenie i biblioteki radykalnej myśli, inni zaś uczyli się mieszać koktajle Mołotowa i koniecznie biegać, bo zasady „czyń dobro i uciekaj” nikt nie odwołał. Tych grup nie dało się zinfiltrować agentami reżimu, nie dało się ich kontrolować, nie dało się śledzić wszystkich, a represje wobec części ruchu nie mogły zniszczyć go w całości. Wspólnota interesów i chęć przeciwstawienia się głównemu wrogowi pozwalały w razie potrzeby nie tylko mobilizować własne siły, ale także włączać się w masowe akcje w ramach wspólnego frontu opozycyjnego lub włączać w nie innych. Osiągano to dzięki żmudnej pracy nad budowaniem sieci komunikacji z przedstawicielami wszystkich istniejących aktywnych przeciwników dyktatu Łukaszenki. Ale zostawmy kroniki i przenieśmy się do sierpnia 2020 roku i kolejnych miesięcy.
Oczywisty był fakt, że w sytuacjach ekstremalnych nawet nieznający się nawzajem ludzie są zdolni do nawiązania komunikacji, a nawet współpracy. Poniósłszy porażkę w kolejnym bezpośrednim starciu z wyszkolonymi i wyekwipowanymi zabójcami reżimu, Białorusini przeszli do bardziej długofalowych i trwałych taktyk oporu. Wtedy ludzie po raz pierwszy uświadomili sobie, jak wiele ich łączy, w tym pragnienie zmian w życiu politycznym, a wielu dosłownie po raz pierwszy poznało sąsiadów z klatki schodowej, ukrywając się nawzajem przed nalotami oszalałych łajdaków w mundurach. Samorzutnie powstałe na tym etapie grupy przez całe miesiące stawiały opór ekspedycjom karnym funkcjonariuszy reżimu, wspierając siebie nawzajem i poszkodowanych w wyniku represji oraz nadal organizując akcje protestu. Był to początek dość długiej fazy białoruskiej rewolucji, która u podstaw opierała się na horyzontalnych więziach między ludźmi i społecznościami.
Akcja upamiętnienia w miejscu zabójstwa Ramana Bandarenki
Wiele z takich grup dało początek całym społecznościom przeciwników reżimu na emigracji, ktoś został i prowadzi cichą, ale bardzo ważną działalność, wielu czeka na moment, by znów rozciągnąć te sieci solidarności i wzajemnej pomocy na cały kraj.
I oto jesteśmy tutaj, jesienią 2023 roku, przytłoczeni niekończącym się strumieniem represji z Białorusi, pogrążeni w okropnościach wiadomości z Ukrainy, nie do końca rozumiejący, co mamy robić. Podzielimy się naszą wizją tego, co robimy, i być może stanie się to odpowiedzią na wiele ważnych pytań. My (organizacje praw człowieka, działacze obywatelscy, fundacje pomocowe i różne inicjatywy) już od dawna nic innego nie robimy, tylko żyjemy w pajęczynie. Właśnie w pajęczynie. Przede wszystkim większość z nas zrozumiała, że w pojedynkę, a nawet w stosunkowo dużych grupach trudno nam będzie przeciwstawić się machinie systemu państwowego, którego celem jest zniszczenie praw i wolności. Powoli wychodziliśmy z cienia i próbowaliśmy dostrzec w otaczającym mroku takich samych jak my. Okazało się, że jest ich bardzo wielu. Zrozumieliśmy, że jesteśmy różni: mamy różne wizje i metody, nasze cele również mogą się różnić, jednak wspólnota zasad i wartości jest oczywista. Wtedy postanowiliśmy nie budować ogromnej organizacji-ula dla wszystkich, w której rola każdego i każdej sprowadzałaby się do roli pszczoły robotnicy, a ze wszystkich przywilejów korzystałaby niewielka grupa trutni. Nie, postanowiliśmy stworzyć pajęczynę, nawiązać więź, która jedynie wskazuje kierunek i daje pewne wsparcie.
Dosłownie działa to tak, że jeśli ktoś potrzebuje pomocy, po prostu ciągnie za nitkę, szarpie ją, a ci, którzy są obok, są już gotowi pomóc i doradzić albo przekazać tę wiadomość dalej po naszej wspólnej pajęczynie. Przecież gdzieś w niej na pewno znajdzie się ten lub ta, kto zdoła pomóc. Tak, my też mamy problemy i nieporozumienia, bo ten świat nie jest idealny. Wśród nas właśnie teraz są niezgrabne, egoistyczne żuki, które interesują wyłącznie wskaźniki ilościowe i które niezręcznymi ruchami czasem psują filigranowy wzór naszej wspólnej solidarności. Ale uczymy się, uczymy innych i mimo wszystko dalej tkamy ten wzór. Jesteśmy przekonani, że wielu z was na pewno zetknęło się z rozpostartymi przez nas sieciami i być może jest pełnoprawnymi partnerami we wspólnej sprawie. A jeśli nie – macie tę możliwość właśnie teraz. Po prostu skontaktujcie się z kimś z nas, zastanówcie się, w czym możecie pomóc, albo jakiej pomocy sami potrzebujecie – w tym momencie już jesteście z nami, jako pełnoprawny uczestnik/uczestniczka szerzenia solidarności i szacunku dla praw człowieka.
Nie wiemy, który z przykładów horyzontalnej, równoprawnej współpracy okazał się najbardziej zrozumiały, co uznalibyście za najskuteczniejsze dziś czy jutro, ale jesteśmy przekonani, że właśnie teraz jest najlepszy czas, by spróbować. Będąc na Białorusi, tworzyć grupę podobnie myślących ludzi i edukować innych, zdobywać umiejętności potrzebne do takich czy innych akcji z towarzyszami i towarzyszkami, działać jako wolontariusz w organizacji lub inicjatywie praw człowieka, zarejestrować na emigracji fundację pomocy poszkodowanym albo po prostu stale lub doraźnie pomagać ludziom – można wybrać cokolwiek. Potrzebujemy wszystkiego. Tkajmy solidarność razem!
